blog dla poczytalnych i niepoczytalnych, czyli czytających inaczej *??!!* bo bycie poczytalnym jest... sexy:* *??!!*występują pani_koverko, Ania J. zwana Anik, Anik! lub Kinderciazz, Natalia Sz. i Asia K. oraz Ania S. za konsoletą *??!!*miejsce: radio afera 98,6, poznań, niedziella 16.00
poniedziałek, 22 września 2008
diky za każde nove rano...
Jeżeli kogoś pokusi o to, by w książce poszukać kobiecych piersi, to powinien wziąć azymut w księgarni na półkę, na której powieści Pawlowskiej postawili. Tyle, że to nie ta z prozą pornograficzną.
Unikając wielkich słów
Sięgałam po tę opowieść, nie ukrywam, z wielkim zaciekawieniem a jednocześnie obawą. Niewiele jest na rynku powieści/opowieści o miłości lesbijskiej. Opowieść, które byłyby „historią prawdziwą”, które by miały status opowieści, a nie „ciekawostki zoologiczno – socjologicznej”. Niewiele. A właściwie nie przychodzi mi do głowy żadna inna. Poza tą, o której właśnie piszę: AIMÉE I JAGUAR. HISTORIA PEWNEJ MIŁOŚCI, BERLIN 1943.
środa, 27 sierpnia 2008
Eliade nie tylko eseje był i pisał...

1938 rok. Wiosenny wieczór, Wielkanoc.

W siedemdziesięcioletniego profesora uderza piorun. Teoretycznie powinien zginąć na miejscu. Ale Dominik Matei przeżywa. Jeszcze bardziej zadziwiający jest fakt, że pod wpływem wyładowania elektrycznego, odzyskuje młodość. Ale najbardziej niezwykłą rzeczą staje się jego pamięć, która odkrywa przed Dominikiem Matei pokłady informacji i wspomnień, z jakich sam sobie sprawy nie zdawał. Lekarze zaczynają się interesować niezwykłym przypadkiem młodego starca. Zainteresowanie to podziela również rumuński wywiad oraz naziści, szczególnie ci, którzy zajmują się badaniami nad nieśmiertelnością...

Dominik Matei, profesor łaciny i włoskiego w prowincjonalnym liceum, niedoszły orientalista, zostaje wplątany w szpiegowską intrygę i musi uciekać, by ocalić swoje życie i swoje wspomnienia...

 

Opowiadanie „Młodość stulatka”, Mircea Eiade, wybitny rumuński indiolog, filozof i religioznawca, napisał w 1976 roku podczas wycieczki po Egipcie. Czyta się je jak powiastkę detektywistyczną. Konstrukcja pozwala się zachłysnąć wątkiem sensacyjnym. Połyka się haczyk i spada w dół... na głowę niemal że. Trzydzieści lat później budzimy się, obok leży profesor Matei i ma tak samo głupią minę. Przegapiliśmy coś? A jakże! Całe życie.

 

Opowiadanie, jak słusznie zauważa w posłowiu Ireneusz Kania, oryginalnie zatytułowane jest „Młodość bez młodości” i właśnie ten tytuł najtrafniej i najkrócej ujmuje wieloznaczną i wielopłaszczyznową interpretację tego krótkiego tekstu.

I właściwie można by powiedzieć: to, co rozumiesz pod pojęciem „młodość bez młodości”, będzie twoją odpowiedzią na pytanie „o czym jest ta opowieść?”.

Ponieważ, jakby nie patrzeć, jest to opowieść filozoficzna zadająca najprostsze pytania. Podobnie – jest to opowieść o stracie i poszukiwaniu. Bohater, nie ma nic, jest u schyłku życia ( przynajmniej on tak twierdz) skończył siedemdziesiąt lat i jedyne co go spotyka to zaniki pamięci. Dla intelektualisty z niespełnionymi marzeniami i ambicjami oznacza to tylko jedno – najwyższy czas popełnić samobójstwo. Profesor jedzie więc do Bukaresztu, w kieszeni ma kopertę ze strychniną i zamierza ją połknąć nad rzeką. Los – a może „Ktoś”? – decyduje jednak inaczej. Matei dostaje drugą szansę. Po pierwsze może wszystko – i jeszcze więcej - sobie przypomnieć, po drugie może przeżyć jeszcze raz młodość. Jak w baśni. I jak w baśni – także i tu ma to swoją cenę. Ukochane osoby umierają lub ciężko chorują. Ceną za ich życie jest zapomnienie o Dominiku. Sam Matei fenomenalną pamięć przypłaca tajemniczymi i niebezpiecznymi surrealistycznymi snami oraz ciągłym życiem w ukryciu i przymusowymi podróżami. Ma ponownie młodość i jednocześnie jej nie ma. Miał kiedyś młodość – ale ją zmarnował zadręczając się swoją „przeciętnością”. Dostał drugą szansę i jakby za sam fakt jej dostania musiał już odpokutować. A przecież wcale sobie tego nie życzył. Chciał wiedzy, chciał znać chiński i być wybitnym orientalistą. Czy chciał nieśmiertelności? Chyba nigdy tego tak nie określił. Ale jednak określił.

Można w „Młodości Stulatka” szukać tęsknot Fausta, można i wątków rumuńskiej baśni o księciu, który wyruszył na poszukiwanie wiecznie młodego „życia bez śmierci”, ale można poszukać tu i siebie. I na pytania Eliadego znaleźć przede wszystkim własne odpowiedzi.


Mircea Eliade "Młodość stulatka"
W.A.B., Warszawa 2008


USPRAWIEDLIWIENIE
usprawiedliwiamy się za półroczną nieobecność

program "POCZYTALNIA" wraca na fale RADIA AFERA 98,6
(Politechnika Poznańska)

WWW.AFERA.COM.PL

w niedzielę 14.09 - we wrześniu - wyjątkowo o 15.00

szanowna Anik, Anik! zwana wcześniej Kinderciaz opowiadać będzie we wrześniu
a od października komentować pisemnie rzeczywistość z perspektywy zabudowy miejskiej stołecznego miasta Czech - w skrócie Pragi.

ZAPRASZAMY!!!

POCZYTALNIA - REAKTYWACJA


sobota, 05 stycznia 2008
po deszczu

ulice po deszczu, są takie błyszczące, jedyne co mi przeszkadza to ewentualna śliskość bruku, można sobie zęby wybić przez przypadek, jak Kuzyn niegdyś, poślizgnął się i pół szczęki do wymiany, w sumie to chyba bardziej przez służbę zdrowia, jakoś im się nie śpieszyło, przynajmniej tak Kuzyn twierdził, ale z nim to wiadomo, a w sumie to nie wiadomo, on zawsze narzeka i marudzi i ciągle mu krzywo, krzywo i krzywo, ulice też nie są proste, ta Wodna na przykład, wcale nie jest prosta jak strzała, posiada pewne zakrzywienia i hmm punkty przegięcia, jak w paraboli, topologia może, coś jak szkoła lwowska, topologia i zakrzywienia przestrzeni czy jakiejś tam takiej, no tej, płaszczyzny, ale by mnie Jola zjechała, za to, już ją słyszę, jak można zapomnieć podstawowych terminów matematycznych, dziewczyno, ja filozofię studiuję, po diabła mi topologia, ale ci panowie, co to we Lwowie siedzieli przy winie przy stoliku w latach dwudziestych, latach trzydziestych, zawsze byłam ciekawa jak wyglądały takie kabarety i te słynne lata dwudzieste, lata trzydzieste może tyko na zdjęciach można już tylko to zobaczyć, jak i żydowski Poznań, jak te fotografie, reprodukcje na wystawie, i Wodna inaczej wyglądała, i te kamienice i Muzeum Archeologiczne, nie cierpię tego koloru, wściekły łosoś, wściekła krowa i pryszczyca może jeszcze, całe szczęście, że Stary Rynek, to jeszcze się komponuje jak cię mogę, jakby to Jola rzekła, ciekawe co robi teraz, pewnie znów się biedzi nad jakimiś kartkówkami, pieprzona reforma oświaty i biurokracja niedorobiona, jak rany, już nie długo mnie to czeka, zmienić myśl, zmienić, nie mogę, to mnie wkurza, a w Frippie grają coś nowego, ciekawe czy będzie mnie kiedykolwiek stać na te winyle, pewnie nie, ale co tam, pomarzyć można, kołysze się ładnie, ta melodia, Za Kulisami już otworzyli, świece się pala w oknie, za barem pewnie leją piwo z sokiem imbirowym, ale to lepsze niż taki ot Gingers, słodki napój piwopodobny, jak to określił Czarny, żeni się za miesiąc, aż ciężko uwierzyć, stary punkowiec, aż dziwne, jaka go chciała, no nie ty, no nie chciałaś, nawet wtedy, gdy prosił, księżyc na niebie, pomost na jeziorze, sceneria jak z bajki, a ten się nachyla z tym swoim irokezem ufarbowanym na fioletowo i szepcze czułe słówka, w sumie ten film był fajny, lubię Shirley McLane, dawno nie widziałam jej filmu, czułe słówka, a jak się tylko nachylił, to od razu można było co i ile wypił powiedzieć, sceneria jak z bajki, ale te butelki, i to po czym, po jakimś patyku, w sumie szybko wchodził i szybko schodził, i się nachyla i szepcze te czułości i czułostki, że lubi, że kocha, że może byśmy byli razem, że może bym mu dała, ja się pytam co, bo wino to mi się już kończy, a on Marysiu, jak bym chciał, Marysiu, nie Ginger, Marysiu, jakby zapomniał z kim gada, i dalej, Marysiu na zawsze, ja mu na to Czarny zapomnij, nie wygłupiaj się, Marysiu, twoje rude loczki mi się po nocach śnią, bo zbuntowałam się któregoś dnia i się przefarbowałam, matka na mnie pół wieczora krzyczała, a ojciec się w ogóle nie odzywał przez tydzień, tylko fajka za fajką, Czarny nie palił, wtedy jeszcze nie, Kuzyn go później nauczył, chyba na pierwszym jakimś spędzie kapel, ja nie pojechałam, coś tam miałam innego, cholera, mokre kamienie, ależ ta kostka boli, no tak to jest Młoda jak się zamyślisz i nie myślisz, sama chciałaś, w sumie nie, ładna ta nowa kafejka, przypomina trochę tę, w której byłam z Krzychem na pierwszej randce, ależ to był matoł, już Czarny z tymi tanimi winami był lepszy, o, a tam znowu ta panna, ładną ma parasolkę, sama w sobie dziwna, ładne ma też włosy, mam nadzieję, że nie zaczepi mnie tak jak ostatnio, jakaś taka mocno zakręcona jest, jak ta kostka boli, rany, ubezpieczenia nie zapłaciłam, kretynka, ładnie, wieczór, Wodna i skręcona kostka, trzeba mieć nie równo pod kopułą, pod nogi się patrz a nie w gwiazdy na niebie, dziadek to zawsze powtarzał.

piątek, 04 stycznia 2008
Królowa poskramia

Za chwilę ukaże się nowy tom esejów Herty Muller. Nie miałem go jeszcze w rękach, ale już nie mogę się doczekać! Wprowadzając, przypominam poprzeni zbiór jej tekstów. To już trzy lata od jego polskiego wydania!

Ojczyzna jest tym co zostaje powiedziane.”  To zdanie Jorge Semprúna, które Herta Müller przytacza w eseju otwierającym polski wybór jej prac. Zdanie to w pełni odzwierciedla tematykę opisaną w dziewięciu esejach przedstawiających prywatną, a zarazem polityczną autobiografie pisarki.

            Herta opisując swoje dzieciństwo spędzone w rumuńskiej wsi, represje jakich doznawała ze strony reżymu Ceausescu, a w końcu przymusowe przesiedlenie, czy jak kto woli ucieczkę i życie na niemieckiej emigracji przede wszystkim opisuje swój język. Ciągłe inwigilacje, przesłuchania, groźby, najścia, śmierci kolejnych przyjaciół zawężając świat rzeczywisty, nakładając na każdego kaganiec strachu, coraz bardziej skracając jego smycz powodowały alienację, chęć ucieczki. W ten sposób prześladowani znajdowali się na wyspach. Sama Herta dyskryminowana jako niemiecka mniejszość, podwójnie stygmatyzowana jako dziecko ze wsi stawała się potencjalnym wrogiem totalitarnych władz państwowych. Strach wyzwalający w niej chęć ucieczki kierował ją w sferę wyobraźni. Tylko ta pozostawała dla niej samej. Zewnętrzne milczenie będące częścią jej języka. Absurd i kpina jako jedyne środki obrony wyzyskiwane do granic możliwości. Absurdalne skojarzenia partyjnej nowomowy rodzące niepokojące pomysły, chęć ich rewindykacji. Niekończące się przeglądy pamięci, w której przeszłość nakładająca się na teraźniejszość wzmagała polifonię myśli, w których odnaleźć można ucieczkę, brak, w który można się schować. „Skoro w rumuńskim nie ma słowa na określenie topielca, bezpieka nie może mnie utopić. [...] to pozbawione słowa miejsce w rumuńskim słowniku miałam przed oczami niczym tajne drzwi.[...] Zniknę, schowam się w tę lukę.” (100-101). Tak zaczyna się słowna ucieczka pisarki. Odkrywając lukę zaczyna dostrzegać brak referencji w słowach i desygnatach, ich nieodpowiedniość lub różnice spowodowaną różnymi dialektami czy językami. W fantomowym świecie, w którym każdy poszukuje fetysza ucieczki, bloczków z pokwitowaniem, futerału na akordeon, wódki, dla Herty takim fetyszem staje się język i poprzedzające go milczenie. Konstruując kolejne słowne kolaże odkrywa potencjał słów wyrwanych z kontekstu ich głębię i dziwność. Pisanie otwierające sferę międzysłowną, „ustawia łóżko w lesie, krzesło w jabłku [...dzięki niemu], torebka staje się większa od miasta, białko oka większe od ściany”, nakłada ciężar wyborów, cięć jakie zastosować musi demiurg stwarzający świat, który choć tworzony na podobieństwo swoich przeżyć, pozostaje od nich odmienny, uwikłany w nowe.

            Tak swoje eseje konstruuje Müller. Pisze w nich, że w literaturze szuka zawiesistości, paralelności odsyłającej jej myśli daleko od niej samej. Im więcej takich miejsc ucieczki, zamyślenia, tym lepiej, tym mniej płycizn. Eseje Müller pozostają językowym kłączem, oplątującym  jej historie w dziwiące się sobie słowa czy paradoksalne określenia, takie jak sercątko czy król opisujące władze przez oswojenie. Obok motywu milczenia i włosów pozostają one emblematyczne dla jej prozy.

            Król kłania się i zabija to historia kobiety wychowanej na archipelagu. To historia jej walki z władzą/strachem, jej podróży, w której bez względu na polityczny czy geograficzny stan zawsze pozostawała na „wyspie”, w odosobnieniu, bowiem „u nas” istniało tylko w milczeniu, mowa zawsze zdradzała pochodzenie, obcą przynależność. Stawała się granicą rozdzielającą wieśniaków, miastowych, władze, mniejszości, emigrantów.  Król... to w końcu historia, w której tytułowy bohater abdykuje na rzecz kobiety, dopasowuje się do jej świata,  historii splecionej z języka utkanego przez jej pamięć, która pragnąc doświadczyć prawdy, „musi między słowami, które nas nic nie obchodzą, odnaleźć te istotne.”

Herta Muller, Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2005.

czwartek, 03 stycznia 2008
mamy: dwa-zero-zero-osiem

Poza tym, że styczniową zimą przychodzą wyższe rachunki, że w sklepach są wyprzedaże i inwentury, to przychodzi Nowy Rok – taka subiektywna panorama pierwszego tygodnia stycznia.

I zasadniczo – pierwsza „Poczytalna” niedziela stycznia to taki spis zysków i strat – ależ przecież! - W krainie książki większość spraw oczywiście jest in plus.

Zatem spis zysków – i prawidłowo mówiąc/ pisząc – oczekiwań i marzeń na temat tego, co zaoferować mają zamiar wydawnictwa nasze wszystkie ulubione.

Podobnie – z nowym rokiem – nowe nagrody – czyli już 8 stycznia dowiemy się, jakiż to pisarz zostanie obdarowany Paszportem „Polityki”.

Kogo typujemy „poczytalnie”? - a proszę w niedzielę ustawić radyjo na 98,6 MHz i o 16.00 słuchać,
na wszelkie pytania odpowiemy i jeszcze kilka historyj od siebie dopowiemy.

21:47, kinderciazz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Głuptaską być...

Nadźka to kilkuletnia wiejska głuptaska obdarzona niebywałym instynktem przetrwania. To niemowa o krystalicznym głosie, którym wyśpiewuje proletariackie i wielkanocne pieśni. To religijna (jeśli nie święta) socjalistka. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale to właśnie oksymorony najlepiej streszczają niewielką opowieść Świetlany Wasilenko, „Głuptaskę”.

Sugestywnie narysowana historia Nadźki przypomina obrazy Nikifora. Infantylizm i prostota narracji splata się w nich z niebywałą dbałością o szczegół, z wyrazistością i jaskrawością kontrastowo zestawianych kolorów i obrazów. Kreśląc odyseję świętej Głuptaski, Wasilenko nawiązała równocześnie do popularnych baśni i mitów oraz legend i podań o świętych. Wymieszała historie atamanów i rusałek, Mojżesza i Matki Boskiej. Stworzyła parabolę, która nie tylko nadała sens jednostkowemu życiu głównej bohaterki, ale przywróciła także znaczenie miejscom ważnym dla samej autorki. Dzięki niej absurd realizmu gnieżdżący się w Kapustin Jar - wojskowym osiedlu oplatającym rosyjską wyrzutnię rakiet, powstałą na skutek wschodnio-zachodniego wyścigu zbrojeń, ustąpił realizmowi absurdu, w którym zło zwycięża dobro, a każda podróż, nawet jeśli jest ucieczką, prowadzi do celu. W ten sposób główna bohaterka, Nadźka, zatacza koło. Nieudana, głupia czy niedorozwinięta dziewczynka przynosząca wstyd swoim rodzicom zostaje wygnana, a właściwie spławiona z rodzinnego domu. Na różowej poduszce, w kołysce ustawionej na tratwie płynie po wodach Achtuby. Przypomina ocalone, ukryte przed władzą kułackie dziecko. Zdana na łaskę losu trafia w najróżniejsze miejsca, w ręce przypadkowo spotkanych ludzi.

W minimalistycznej, fragmentarycznej narracji Wasilenko przedstawia kolejne epizody z podróży bohaterki. Ukazuje postaci, które mogłyby być potencjalnymi przewodnikami Głuptaski. Mogłyby objaśnić jej świat, stać się jej opiekunami. Ich potencjał zostaje jednak zachwiany, odebrany przez władzę. Dlatego też, co dość przewidywalne, perspektywa zostaje odwrócona i to tytułowa Głuptaska staje się przewodniczą dla napotkanych, spiritus movens całej opowieści. Jej obecność zmienia bieg rzeczy, radykalnie wpływa na los innych, którym niezależnie od doznanych udręk, zawsze odpłaca dobrem.

Trudno nie zauważyć, że naiwna historia świętej Głuptaski jest tylko kompensacyjną narracją snutą przez jej brata, który próbuje ocalić Nadźkę w oczach innych. Chce nadać głębszy sens jej życiu, tak by nie była tylko ofiarą i pośmiewiskiem dla innych. Nawet kosztem oskarżeń o wiarę i rozpowszechnianie wizji traktowanych jako opium dla ludu, nawet kosztem przeciwstawienia się władzy. Zaprzecza słowom komunistki - kierowniczki domu dziecka i drużyny pionierów, która w finałowych scenach opowieści odsłania fakty z życia Nadźki. W jego wersji wyrzucenie z domu, droga przez mękę i gwałt zastąpione zostają narracją o cudownej podróży, którą kończy powrót do miejsca wyjścia, gdzie następuje niecodzienne poczęcie oraz wniebowstąpienie i odkupienie zesłane mieszkańcom Kapustni Jar.

Kompensacyjna narracja wydaje się być podwojona. W chwili, gdy brat Nadźki próbuje nadać sens żywotowi swojej niedorozwiniętej siostry, Swietłana Wasilenko próbuje nadać sens swojemu dzieciństwu. Epoce Stalina i Chruszczowa. Osnuwa ją staroruską legendą, przeplata biblijnymi wątkami, m. in. Armagedonu, który spełnić ma się w figurze atomowego ataku kapitalistycznego wroga.

Historia niby serio, napisana dla wyrównania strat, jednak autorka często puszcza do czytelnika oko. Zachowuje dystans, ujawnia ironiczne poczucie humoru, czy to w imionach bohaterów, jak w przypadku komunistki Traktoriny Pietrownej, czy to w scenie wiatropylnego poczęcia odkupiciela. Dzięki temu nie odwołuje się do prostego ironizowania na temat absurdalnego realizmu epoki (za autorką pomijam tu oczywiście głęboko totalitarny wydźwięk komunizmu) i przeciwstawiania mu świętych praw, które odebrała ówczesna władza. Wasilenko kreśli fantasmagorię, w której NKWD walczy z legendą i apokryfem, a czytelnik zastanawia się kto jest protagonistą a kto antagonistą: komunista czy ataman, rusałka czy kołchoźnica. „Głuptaska” to sugestywny palimpsest, który (jak we wprowadzeniu do lektury zauważa Adam Pomorski) przypomina ironicznie infernalną prozę Konwickiego.

Maciej Duda

Swietłana Wasilenko, Głuptaska, przeł. J. Czech, Czarne Wołowiec 2007

niedziela, 02 grudnia 2007
Smakowite czarnobylskie truskawki
Nia pamiętam tzw. czarnobylskich truskawek - radioaktywnych, skażonych, których po katastrofie w Czarnobylu nie można było jeść, choć poinformowano o tym na tyle późno, by m.in. młoda, szczęśliwa Vesna (jeszcze wówczas nie) Goldsworthy zdążyła zareklamować je swojemu narzeczonemu Anglikowi, z którym właśnie przyjechała do rodziców, do Jugosławii.

Nie mogę pamiętać wielu innych rzeczy, by stwierdzić, że Vesna Goldsworthy napisała książkę niezwykłą. Czarnobylskie truskawki - nielinearna historia życia chorującej na raka Serbki z Belgradu, od dwóch dekad mieszkającej w Londynie, powstawała z myślą o dwuletnim wówczas Aleksandrze, synku Autorki. Jak opowiedzieć mu (i czytelnikom) doświadczenie dojrzewania w komunistycznej Jugosławii, wojnę na Bałkanach obserwowaną z perspektywy relacjonującej dziennikarki, moment, w którym zdiagnozowano raka piersi? Otóż, autorionicznie i z dystansem - odpowiada Goldsworthy i snuje swą opowieść lekko, bez cienia martyrologii czy dramatyzmu.

Nie umiem sobie wyobrazić, by taka książka mogła wyjść spod pióra polskiej autorki - nie wyobrażam sobie tym bardziej, że chwilę temu przeczytałam Ćwiczenia z utraty Agaty Tuszyńskiej. Dobra powieść Tuszyńskiej wcale nie służy mi tutaj do prostego kontrastu z Goldsworthy, ale w tym kontekście wyrażniej widać jak polska litearatura zwykła mówić o śmierci - jak o traumie i momencie do rozliczeń z trudną narodową przeszłością. Goldsworthy zaś z równą swobodą pisze o wstępowaniu do partii, o kolejnych narzeczonych i swoich zaskakujących metamorfozach, o pracy na angielskiej uczelni, co o rozpadzie swojego ciała i pięknie okazywanej czułości małego synka. Tworzy tym samym fascynującą opowieść, która autoironicznie żongluje stereotypami na temat komunizmu i emigracji.

Wizyta Vesny Goldsworthy w Poznaniu miała miejsce w Bilbiotece Brytyjskiej, a świetnie mówiąca po angielsku pisarka serbskiego pochodzenia wydawana jest w Polsce przez wydawnictwo Czarne specjalizujące się w prozie środkoweuropejskiej. A to tylko początek tożsamościowych komplikacji, które każdy poczytalny czytelnik (nie wspominając już o poczytalnych dziennikarkach;) lubi najbardziej...

Vesna Goldswrothy, Czarnobylskie truskawki, tłum. Elżbieta Jasińska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2007.
sobota, 01 grudnia 2007
Angelus dla Pollacka:)
    W drugiej edycji Literackiej Europy Środkowej Nagrody Angelus pamiątkową statuetkę i nagrodę pieniężną w wysokości 150 tys. zł Jury postanowiło przyznać Martinowi Pollackowi za Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu. Pierwszym laureatem nagrody został Jurij Andruchowycz za powieść „Dwanaście kręgów” (Czarne).

Czy ja muszę dodawać, że przynajmniej 2/3 z poczytalnych autorów niniejszego bloga nie posiada się z radości? ;)
 
1 , 2 , 3